Google Drive i prawa autorskie

W Internecie znowu głośno. Wszystko za sprawą Google Drive – nowej darmowej usługi tzw. wirtualnego dysku. Dzięki Google Drive możemy przechowywać nasze pliki, robić kopie zapasowe itd.

Zalety: brak opłat (w podstawowej wersji), elastyczność (można mieć dostęp do danych z każdego komputera), bezpieczeństwo (dane zabezpieczone przez fizycznym uszkodzniem).

Wady: przede wszystkim… skandalicznie sformułowany regulamin w zakresie praw autorskich. Można w nim znaleźć następującą wzmiankę: Gdy użytkownik wgrywa lub w jakikolwiek inny sposób umieszcza materiały w naszych usługach, udziela Google’owi (i tym, którzy z nim współpracują) obowiązującej na całym świecie licencji na używanie, przechowywanie, reprodukowanie, modyfikowanie, tworzenie dzieł pochodnych (takich jak tłumaczenia, adaptacje i inne zmiany, dzięki którym treści użytkownika lepiej współgrają z naszymi usługami), komunikowania, publikowania, publicznego wystawiania, wyświetlania i dystrybucji takich treści (tłumaczenie za kopalniawiedzy.pl). Delikatnie rzecz ujmując, jest to zapis bardzo niepoważny.

Konkurencja, czyli Dropbox i Microsoft Skydrive nie robi takich problemów użytkownikom. Czy taki zapis zagrozi popularności Google Drive? Pewnie nie, bo mało kto zagląda do regulaminów. Poza tym, jak wiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak sformułowane są regulaminy dotyczące np. wykorzystania zdjęć zamieszczanych przez użytkowników w portalach społecznościowych? Ilu użytkowników Facebook.com wie, w jakim zakresie serwis może zgodnie z regulaminem wykorzystywać ich prywatne (?) zdjęcia?

Pod kątem prawnym to zagadnienie jest bardzo ciekawe – chętnie poprosiłbym prawników o zbadanie zgodności takiego regulaminu z polskimi przepisami dotyczącymi praw autorskich. Muszę pomęczyć paru znajomych…

Zmiana imion i nazwiska na Herold Królestwa Teokracji Teokracjusz

Rewelacyjne uzasadnienie wyroku w jeszcze bardziej rewelacyjnej sprawie.: http://orzeczenia.nsa.gov.pl/doc/940EC0DCA8 .

W skrócie: facetowi odmówiono zmiany imion i nazwiska. Powód: imiona „Herold Królestwa” i nazwisko: „Teokracji Teokracjusz” mogłyby go narazić na kpiny itd. Facet najwyraźniej poczuł się poszkodowany przez system, więc poszedł do sądu.

Sprawa zawędrowała do NSA. Gość miał rewelacyjną zabawę, oczywiście płacić za nią muszą podatnicy. Aż strach pomyśleć, ile godzin roboty naszego wymiaru sprawiedliwości zajął ten przypadek. :)

Agora właścicielem Polski? Spółka przejęła domenę „Polska.pl”

Okazjonalnie korzystam z katalogu stron http://katalog.polska.pl . Próbowałem przed chwilą i ze zdziwieniem zauważyłem, że przekierowało mnie na stronę www.gazeta.pl. Może coś mi się źle wpisało? Próbuję jeszcze raz. To samo.

Wpisuję na pasku przeglądarki http://polska.pl. Jakiś nieznany serwis. Zgodnie z nazwą, faktycznie coś o Polsce. Patrzę na stopkę, a tam: „Copyright © Agora SA”. Agora przejęła Polskę? ;)

W zakładce „Informacja o treściach archiwalnych Polska.pl i Poland.pl” znajduję komunikat o następującej treści:

Informujemy, że archiwalne treści dostępne na dotychczasowych portalach Polska.pl oraz Poland.pl będą sukcesywnie udostępnianie.

Obecnie porządkowane są kwestie związane z prawami własności oraz prawami autorskimi, dlatego prosimy o cierpliwość.

Redakcja

Czyli po prostu, wszystko wskazuje na to, że Agora jest nowym właścicielem domeny. Szykuje nowy portal? Zobaczymy.

Mnie natomiast ciekawi, jak wyglądają kwestie prawne w takich przypadkach. Tak na chłopski rozum, pod adresem „Polska.pl” powinien znajdować się jakiś oficjalny serwis infromacyjny naszego kraju. Ale co na to nasze prawo? Nie wiem. Od czasu do czasu zdarzają się głośne procesy o domeny internetowe zawierające nazwy firm, ale to przecież trochę inna sprawa…

Kto ma prawo do Polski.pl? Agora! Przeciwnicy Adama Michnika mogą bić na alarm: AGORA PRZEJĘŁA POLSKĘ! ;)

Siłownia, z której nie da się wypisać

W portalu Gazeta.pl można było dzisiaj znaleźć informację o tym, że siłownia (zwana dumnie „centrum fitnessu”, czy jakoś tak) mieszcząca się w warszawskich Złotych Tarasach nie odpuszcza swoim klientom. Nawet tym ciężko chorym.

O co chodzi? Otóż, z siłownią podpisuje się umowę na czas określony (np. dwa lata). Zaznacza się w niej wysokość abonamentu i warunki wypowiedzenia. Wypowiedzenie przed zakończeniem ustalonego okresu według umowy możliwe jest tylko w uzasadnionych przypadkach i daje zwolnienie tylko z części opłat. Jeśli komuś się znudziło i przestał chodzić na zajęcia, i tak musiał płacić całość.

Ludzie masowo się buntują. Po pierwsze, twierdzą, że nie doczytali warunków umowy, a hostessy namawiające do wykupienia abonementu miały wprowadzić ich w błąd. Po drugie, zdarza się menedżerowie siłowni nie uznają nawet zwolnień lekarskich. Każą płacić i koniec.

Wnioski?

  • Warto czytać umowy. Nawet przy zapisach na aerobik.
  • Podpisując umowę na czas określony, powinniśmy dokładnie wyliczyć, ile będzie ona nas kosztowała przez cały czas trwania. Ćwiczenia za 200zł miesięcznie, przez dwa lata kosztują 2400zł. Jeśli się na nie decydujemy, miejmy świadomość, że jednym podpisem zobowiązujemy się do zapłaty całej kwoty (a że będzie to rozłożone w czasie – to już zupełnie inna sprawa).
  • Z punktu widzenia odpowiedzialności społecznej biznesu i zwykłego zdrowego rozsądku takie postępowanie firmy jest po prostu beznadziejne. OK, pewnie wszystko dzieje się zgodnie z prawem (a przynajmniej z jego literą). Ale co to za reklama dla firmy, skoro swój model biznesowy opiera m.in. na pobieraniu opłat za usługi, których faktycznie nie świadczy? Wystarczyłoby wprowadzić np. miesięczny okres wypowiedzenia i wszystko byłoby ok.
  • Podobno zdarzały się przypadki, kiedy z ćwiczeń zrezygnować musieli ludzie po poważnych wypadkach lub chorobach (nowotwory). Domaganie się od nich zaświadczeń lekarskich to zwykłe chamstwo.

Ścigają Cię listem gończym? Nie chodź na mecze!

Wczoraj odbył się mecz Legia-Lech. W piłkę nożną. Ze względów bezpieczeństwa miało na nim nie być kibiców gości. W końcu jednak przyjechali, oczywiście pod solidną obstawą policyjną.

Wśród nich znalazł się jeden geniusz ścigany listem gończym. Nie został wpuszczony na stadion, bo nie było go na liście kibiców. Niestety, najwyraźniej był na innej liście, bo czym prędzej został zamknięty.

I teraz podstawowe pytanie: jaką inteligencją trzeba się wykazać, żeby wpakować się takie coś? W każdym razie, gratulacje dla policji – przy zastosowaniu najnowocześniejszych technik operacyjnych udało im się pojmać groźnego przestępce, geniusza kryminalnej sztuki, rzec by się chciało. ;)