W Internecie znowu głośno. Wszystko za sprawą Google Drive – nowej darmowej usługi tzw. wirtualnego dysku. Dzięki Google Drive możemy przechowywać nasze pliki, robić kopie zapasowe itd.
Zalety: brak opłat (w podstawowej wersji), elastyczność (można mieć dostęp do danych z każdego komputera), bezpieczeństwo (dane zabezpieczone przez fizycznym uszkodzniem).
Wady: przede wszystkim… skandalicznie sformułowany regulamin w zakresie praw autorskich. Można w nim znaleźć następującą wzmiankę: Gdy użytkownik wgrywa lub w jakikolwiek inny sposób umieszcza materiały w naszych usługach, udziela Google’owi (i tym, którzy z nim współpracują) obowiązującej na całym świecie licencji na używanie, przechowywanie, reprodukowanie, modyfikowanie, tworzenie dzieł pochodnych (takich jak tłumaczenia, adaptacje i inne zmiany, dzięki którym treści użytkownika lepiej współgrają z naszymi usługami), komunikowania, publikowania, publicznego wystawiania, wyświetlania i dystrybucji takich treści (tłumaczenie za kopalniawiedzy.pl). Delikatnie rzecz ujmując, jest to zapis bardzo niepoważny.
Konkurencja, czyli Dropbox i Microsoft Skydrive nie robi takich problemów użytkownikom. Czy taki zapis zagrozi popularności Google Drive? Pewnie nie, bo mało kto zagląda do regulaminów. Poza tym, jak wiele osób zdaje sobie sprawę z tego, jak sformułowane są regulaminy dotyczące np. wykorzystania zdjęć zamieszczanych przez użytkowników w portalach społecznościowych? Ilu użytkowników Facebook.com wie, w jakim zakresie serwis może zgodnie z regulaminem wykorzystywać ich prywatne (?) zdjęcia?
Pod kątem prawnym to zagadnienie jest bardzo ciekawe – chętnie poprosiłbym prawników o zbadanie zgodności takiego regulaminu z polskimi przepisami dotyczącymi praw autorskich. Muszę pomęczyć paru znajomych…